Berlin jest bliżej, niż się wydaje. To tylko kilka godzin podróży samochodem. Za każdym razem przyjmuje nas z otwartymi ramionami. Uśmiechnięci, wielokulturowi i życzliwi ludzie, najlepszy jaki do tej pory widziałam transport miejski oraz mnóstwo atrakcji dla całej rodziny. Do tego nie jest wcale drogo. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce z dziećmi. Jeśli chcecie zobaczyć Berlin naszymi oczami- zapraszam.

Zabytki i symbole

O zabytkach Berlina nie będę się długo rozpisywać. Była to przecież podróż z dziećmi. Zdecydowanie warto pokazać im co najważniejsze, opowiedzieć historię miasta podzielonego murem, ale przy okazji szukać fajniejszych dla nich atrakcji. Tak, aby super zapamiętały miasto i samą podróż, a być może chciały tam kiedyś wrócić. My staramy się zawsze przy „dorosłych” zabytkach wynajdywać coś dziecięcego. W ten sposób wszędzie możemy udać się razem bez marudzenia, że nudno i czy daleko jeszcze.

I tak przy słynnej Bramie Brandenburskiej, na ulicy Unter den Linden znajduje się sklep charakterystycznego symbolu Berlina czyli Ampelmanna. Tu oprócz wystawy świateł ulicznych z całego świata, zakupić można żelki w kształcie słynnego ludzika. Które dziecko się temu oprze?

A na Placu Poczdamskim oprócz fragmentów muru, który kiedyś dzielił miasto, znajdziemy Discovery Centrum LEGO oraz najlepsze na świecie lody. Za każdym razem kiedy odwiedzamy to miasto kawiarnia Gelato w Arkadach to obowiązkowy przystanek w naszej podróży.

Przy Zamku Charlottenburg absolutnie hitowy plac zabaw.

Obok ewangelickiego Kościoła Pamięci z pozostawioną 68-metrową ruiną wieży stanowiącej antywojenny symbol znajduje się trzypoziomowy sklep LEGO.

W pobliżu Checkpoint Charlie czyli najbardziej znanego przejścia granicznych między NRD, a Berlinem Zachodnim, odwiedzić można Muzeum Muru oraz sklep z kultowymi niemieckimi czekoladkami. Trochę inwencji i wszyscy są z podróży zadowoleni. A przecież o to we wspólnym podróżowaniu z dziećmi chodzi.

Czekolada

Nie wiem jak Wy, ale ja czekoladkę Ritter Sport uwielbiam. Kiedy dowiedziałam się, że w samym centrum Berlina mogę sobie zrobić własną, nie wachałam się ani chwili. W sklepie mamy dwie możliwości: warsztaty, na których sami robimy czekoladę (uprzedzam, że przyda się znajmość niemieckiego, więc to opcja nie dla wszystkich) oraz zamówienie spersonalizowanego wyboru. Na naszych oczach powstaje małe cudo, które już po pół godziny chłodzenia można zjeść. Nie jest to droga opcja, bo tabliczka kosztuje ok. 4 Euro. Za to podejmowane decyzje były niezwykle trudne. Przecież nie mogło zabraknąć żelków, bezików, złotej posypki, kolorowych groszków i wszystkiego słodkiego o czym tylko marzą nasze dzieci (i oczywiście my;).

Wokół LEGO

Zapewne wszyscy słyszeli o Billund – miasteczku LEGO w Danii. Pewnie i my się kiedyś do niego wybierzemy, a tymczasem można jego namiastkę znaleźć w Belinie. Jest to Discovery Centrum LEGO. To sala zabaw ze stołami, przy których dzieci mogą budować z klocków, karuzela i tunel strachu oraz ekspozycja budowli z klocków – modeli prawdziwych berlińskich budynków i metra. Niby nie jest to nic szczególnego, ale dzieci uwielbiają to miejsce.

Oprócz płatnej atrakcji, jest też miejsce, które naszym dzieciom przypadło do gustu najbardziej. To zwykły sklep LEGO na słynnej ulicy handlowej czyli Ku’dammie (Tauentzienstraße 20). Niby zwykły sklep, a jednak na każdym poziomie czekają niespodzianki. Na ostatnim piętrze wielka plansza przeczepiona do ściany oraz pełne klocków pudło zachęcają dzieci do wspólnego budowania. W dniu naszych odwiedzic tematem był kosmos. Dzieci dostały wydrukowane instrukcje jak ułożyć kosmiczne dzieła i ochoczo zabrały się do pracy. W świecie LEGO nieumiejętność niemieckiego nie była dla nich przeszkodą. Po godzinnym wspólnym układaniu oprócz satysfakcji, otrzymały małe pamiątkowe zestawy klocków. Do lepszego miejsca nie mogliśmy trafić – w dodatku za darmo.

Cały świat w Berlinie

Absolutnie największym odkryciem naszej tegorocznej wyprawy były Ogrody świata, które znajdują się nieco dalej od centrum, w dzielnicy Marzahn. Na kilkudziesięciu hektarach spacerując przez rozległy park podziwiać można ogrodowe przestrzenie założone według reguł obowiązujących w różnych zakątkach świata. Oczywiście największe wrażenie zrobiły na nas ogrody azjatyckie. Podobno w japońskim na wiosnę wygląda rzeczywiście jak w Kraju Kwitnącej Wiśni. Jest też ogród balijski, libański, afrykański, australijski i w stylu orientalnym. Włoski i brytyjski wydają sie być nam bliższe, a poza tym mieliśmy już okazję podziwiać je na żywo, odwiedzając te kraje. Pobyt w ogrodach to kilkugodzinna podróż międzykontynentalna. W parku znajduje się też cudowny plac zabaw, roślinny labirynt, którego rozpracowanie zajęło nam aż 30 minut. A po godzinie 17 można kupić tańszy, tzw. wieczorny bilet wstępu. Nie spodziewałam się, że w środku Europy odbędę podróż na wszystkie kontynenty. To miejsce zdecydowanie odwiedzić trzeba. Czy jest się małym czy dużym, ogromne wrażenie robi na wszystkich.

Największe dinozaury

Muzeum Historii Naturalnej (Museum für Naturkunde) miało być hitem drugiego dnia naszej wyprawy. Rzeczywiście już od wejścia zrobiło na nas i dzieciach ogromne wrażenie, ponieważ w pierwszej sali znajduje się największy na świecie zrekonstruowany i złożony szkielet dinozaura. Ale pozostałe eksponaty nie były dla dzieci (5 i 9 lat) wcale takie ciekawe. Hmm, wypchane lub zanurzone w formalinie zwierzęta?;) Plus za przewodniki w języku polskim, minus za niewielką interaktywność. Bywało się już w lepszych muzeach dla dzieci(!)

Park linowy

Parki linowe odwiedzamy praktycznie w każdym mieście, w którym jesteśmy (Gdańsk, Poznań). I w Belinie nie mogło być inaczej. Na Wuhlheide znaleźliśmy dla naszych dzieci raj lub raczej małpi gaj. Zosia (5 lat) miała do dyspozycji dwie trasy dedykowane „krasnalom”. Michał mógł korzystać z 5 z pozostałych 7 tras. W Niemczech, inaczej niż w Polsce, płacimy za czas spędzony w parku, a nie za poszczególne trasy. Dodatkowo inny rodzaj zabezpieczenia (bez przepinania) nawet na chwilę nie daje możliwości wypięcia się z trasy. Dwie godziny zabawy w zupełności wystarczyły, aby zdobyć wszystkie przeszkody nawet po kilka razy. Pamiętajcie, że przed wejściem trzeba odbyć szkolenie, więc niezbędna jest znajomość języka obcego(!). Nie musi być niemiecki. Szkolą też w angielskim, przy czym wystarczyło, że język znał dorosły, który nie bieżąco tłumaczy wszystko dzieciom.

Tuż obok parku odkryliśmy atrakcję trochę już przykurzoną, ale świetną. Park miniatur wszystkich berlińskich i brandenburskich zabytków. I tak nasze dzieci zwiedziły, nie męcząc się, w godzinkę całe miasto.

Wychodząc z parku można też odbyć podróż wąskotorową kolejką parkową. Podróż takim pociągiem to przygoda sama w sobie. Ale ponieważ kilka dni wcześniej jechaliśmy podobną w Dreźnie, tym razem nie skorzystaliśmy z tej atrakcji i kolejka odjechała bez nas.

Place zabaw i nieperfekcyjne mamy

Place zabaw w Berlinie zasługują w zasadzie na oddzielny post. Dlaczego? Ponieważ w większości są to ogromne, fajnie pomyślane, drewniane(!) przestrzenie stanowiące wyzwanie dla dzieci w każdym wieku. Poniżej kilka zdjęć i moja rada: nie warto jechać z dziećmi na plac oddalony od Was tylko dlatego, że zobaczyliśmy zdjęcie u kogoś na blogu lub w Internecie. Będąc w Berline wpisujcie po prostu w GPS hasło Spielplatz. Gwarantuję, że znajdziecie coś w pobliżu i będzie to naprawdę coś fajnego:)

Co ujmuje mnie jednak najbardziej, przy każdej naszej niemieckiej wyprawy to matki. Odarte z piętna perfekcyjnej mamy, nie mają wszechobecnej u nas „spinki”, charakterystycznej dla klasycznej Matki Polki (w tym mnie, a jakże!). W końcu nie mówi się Matka Niemka;) Warto pojechać do Berlina, warto brać przykład. Odrobiny tego dystansu i Wam i sobie życzę.

PS. Z atrakcji polecanych na większości blogów nie wjechaliśmy na wieżę telewizyjną oraz nie odwiedziliśmy akwarium z rybami. Ceny dla czteroosobowej rodziny uważam za kosmiczne i nieadekwatne do atrakcji, które oferują te miejsca. Ale oczywiście co kto lubi;)

Udostępnij: